Znalazłam brakujące elementy

Niespodziewanie. Dziękuję, A.
Dziś trochę rzeczy wskoczyło na swoje miejsce. Na pewno tych związanych z Tobą. Czy z K.? Mogę się jedynie domyślać, że i owszem. Ale ma to sens. Myślę, że to bardzo prawdopodobny scenariusz.

Już nie muszę roztrząsać, już rozumiem. Wyjaśniłeś mi. I nie czuję tej cholernej frustracji. Nawet nie jestem zła, a wypełnia mnie jedynie zrozumienie. Byłam lekiem. Nie wiem, czy chciałeś mnie skrzywdzić, czy nie, moralność zostawmy. Ale wiem, że przyniosłam ukojenie. Wiem też, niestety, że chwilowe. Nie słuchasz mnie. Wcale nie jesteś wyleczony. Byłam lekiem, ale maskującym. Za parę dni, może tygodni, przyznasz mi rację. Ale mniejsza.

Ciągnie się za Tobą wizja Jej. Tamtych Dni. I spowodowała taką frustrację, że uznałeś, że trzeba kogoś wykorzystać, żeby minęło. Padło na mnie. „Zastąpiłem Ja Tobą, co sądziłem jest nie do zrobienia, z Ciebie będzie się łatwiej wyleczyć.” Wiesz. Jeśli tak by to działało, mogłabym pełnić tę fuchę w ramach wolontariatu. Przynosić ludziom ukojenie. Ale to tylko chwilowe, A. Wyleczysz się ze mnie i znów wróci wizja jej. Powinniście porozmawiać. Ale nie słuchasz. Ty wcale nie potrzebowałeś tego wszystkiego. To było następstwo tęsknoty. Twoja obecna Ci to daje. Nie okłamujesz się, że ją kochasz, nie biegniesz za czymś, czego Ci nie daje, bo to wszystko masz. Trafiłam po prostu wtedy na zły okres w Twoim życiu. Wykorzystałeś mnie, żeby uśmierzyć ból.

Brzmi znajomo. To by się zgadzało. K. zrobił to samo. Mogę tylko przypuszczać, ale jestem bardzo pewna, że tak właśnie było. Że też byłam lekiem na całe to zło, które uciekło przez nagle rozrywającą się, zasklepioną już ranę. Że był z kimś. Że przyszła tęsknota za czasem utraconym, że akurat się pojawiłam. To właśnie miało oznaczać, i w jego przypadku, „zły czas”.

Nie jestem zła. Współczuję Wam. I jedynie bardzo pragnę, żebyśmy wszyscy znaleźli ukojenie, ale nie chwilowe. A., powinieneś z Nią porozmawiać, nadal tak twierdzę. Ja też muszę, ale niestety nie mam możliwości. Prawdziwie można sobie pomóc, szukając u źródła. Frustracja nie odejdzie innym sposobem.

Trzymam za Ciebie kciuki. Bardzo mocno. I mimo tego wszystkiego co się stało – cholernie Cię rozumiem. Też pewnie rzuciłabym się na oślep na coś, co obiecywałoby wieczne wytchnienie. Nawet czyimś kosztem.

Stało się źle, ale A., Ciebie rozumiem. W końcu. K., Ciebie mogłabym, gdybyśmy tylko mogli rozmawiać. I jest mi bardzo dobrze z myślą, że nie ma we mnie gniewu, a jedynie mnóstwo współczucia i zrozumienia. I pewnie to mnie kiedyś zgubi, a z drugiej strony, czym jesteśmy bez wyrozumiałości? Wszyscy  popełniamy błędy, wszyscy mamy swoje hipokryzje, demony, wszyscy czasem działamy impulsywnie.

W końcu każdy z nas jest tym złym w czyjejś historii.

 

Reklamy

Trochę skrajności

To chyba będzie krótki wpis.
Zauważyłam, że piszę tu tylko w dni silnego wzburzenia.
Takie jak ten odchodzą raczej w niepamięć.
A jest ich znaczna większość.
Moje samopoczucie zwykle jest na zerze. Ani plusów, ani minusów. Po prostu jest. Albo go nie ma? Nie wiem. Ale to są dni, w które nie myślę, nie planuję, nie zastanawiam się – bo po prostu nie mam na to siły. Zaczynają wdzierać mi się myśli pokroju, że powinnam właśnie szukać swojego miejsca na świecie. Ale nie łapię ich, bo wiem, że to do niczego nie prowadzi. Nie znalazłam i chyba nie znajdę. Mielę i mielę, ciągle zastanawiając się, czy nie powinnam być właśnie w innym miejscu. Robić czegoś, co daje po prostu radość.
Mówię sobie, że to okres przejściowy. Że najpierw muszę się napracować, a potem przyjdą efekty. Znajdę spokój.
A co jeśli nie? Co, jeśli powinnam rzucić to wszystko, co z resztą jest głównym powodem mojego rozchwiania i tak po prostu… no właśnie, co?
Ciągle pytam siebie co dałoby mi radość. I nie wiem.
Hah, zauważyłam, że wspomnienie o niechcianej myśli wystarczyło, żeby poruszyć góry.

O d d e c h.

Muszę przestać biec i przestać się obwiniać za to, że spaceruję. W ten sposób nie dość, że jestem ciągle zmęczona, nie znajduję celu, bo nie wiem dokąd biegnę, to i ucieka mi rzeczywistość.
Ale jak spowodować, żeby przestać czuć, że powinno się szukać? Chyba najpierw trzeba wyznaczyć sobie cele. Odpowiedzieć na pytanie, co chciałoby się znaleźć.

A ja nie potrafię.
Bo w dni takie jak ten (do przed paru minut), chcę jedynie siedzieć. Nie myśląc, robiąc coś i tej czynności się w całości poddać. Nie czuję braku drugiej połówki, ba, nie myślę nawet o tym, że jest we mnie jakaś pustka. Bo jej nie czuję. Nie ma. w te dni, moja emocjonalność jest obniżona. Na samą myśl o smętach przewracam oczami. I ja nie wiem, co w te dni przoduje. Rozum? Też chyba jestem podatna na myślenie, ale jednak łatwiej jest mi je odstawić, nie wkręcać się, patrzeć bardziej chłodno. I nie wiem, czy lubię te dni. Nie wiem, czy chciałabym taka być. Jednocześnie, myśląc o powrocie huśtawek panicznie łapię się oparcia ławki. Nie chcę. Ale przeszkadza mi ten brak odczuwania…? Nie, nie brak. Sama już nie wiem, pogubiłam się.

W zależności od podejścia, które mam do dnia, nie do życia, zmieniają mi się priorytety. I jak w taki sposób określić siebie, określić swoją ścieżkę i się jej trzymać?
Szaleństwo…

Pięć lat

Gdybyśmy spotkali się pięć lat temu. Tak wczoraj mi powiedziałeś. Moje pięć lat wstecz też uznaję za początek niewłaściwych, tragicznych dla mojej emocjonalności decyzji. I może wpadliśmy na siebie, w alternatywnej rzeczywistości. I może jesteśmy teraz razem szczęśliwi. Przynajmniej inna wersja mnie jest.

Ty jedynie wbiłeś kolejny nóż. Twojemu zamiłowaniu do prawdy stanęła na drodze hipokryzja, przyprowadzona tam za rączkę przez strach.
Nawet nie wiem od czego zacząć, czuję się jednocześnie tak pusto, a z drugiej strony czuję, że serce rozrywają emocje. Nie lubię tego stanu, kiedy nagle po raz kolejny, poczucie bezpieczeństwa tak po prostu ulatuje. Podest, który wydawał się trwały, nagle runął. Zachłysnęłam się po raz kolejny. Nie byłam na to przygotowana. Ani trochę. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo nauczę się żyć pod wodą.

I siedzę teraz w samotności. W tej przejmującej ciszy, słuchając jedynie bladego szczekania psów w oddali. Chciałabym do kogoś napisać, chciałabym móc mieć kogoś, komu mogę się wyżalić, ale wiem, że u mnie to nie działa. Nie wiem dlaczego, ale moi przyjaciele totalnie różnią się ode mnie osobowością. Nie zrozumieją, myślą w inny sposób.

Tylko wy dwaj do tej pory myśleliście jak ja.
Tylko przy rozmowie z wami naprawdę czułam, jakby pustka się zapełniała.
K., najpierw Ty. Do dziś borykam się z tęsknotą. Za każdym razem, kiedy kolejny z wyśnionych scenariuszy okazuje się horrorem, wracam myślami do Ciebie. I panicznie chcę wrócić też rzeczywistością. Do Ciebie, hah. To oczywiście skrót myślowy. Chcę wrócić do tego wszystkiego, co czułam, będąc przy Tobie. Do tego cholernego poczucia bezpieczeństwa i zrozumienia.

I po dwóch latach poszukiwań, znalazłam. Znalazłam kogoś, kto dawał mi podobne dawki emocji, co Ty, K. Kto żyje, cicho marząc o lepszym scenariuszu, komu brak na to odwagi. Tutaj znów spełniłaby się moja wymarzona rola, nie do końca partnerki, a i terapeuty. On pełniłby taką samą w stosunku do mnie. I boję się, że po prostu zamknęlibyśmy się w tej bańce przed całym światem, który przecież nie rozumie. I wiem, że jeśli spotkam znów kogoś podobnego, tak się pewnie stanie. Zamknę się na ludzi, karmiąc w dodatku strachem, że nie wyjdzie z Nim. A potem, kiedy faktycznie tak się stanie, znów będę miała poczucie przeszywającej samotności. Bo przecież zapełniać ją potrafił tylko On.

Wiem, że tu nie ma innego rozwiązania jak praca nad sobą. Ale ja nie chcę się zmieniać, za bardzo przywiązałam się do swojej osobowości, mimo, że przynosi same problemy. Tak, wolę zimną, ale znaną przystań, niż wypłynięcie w nieznane. Za dużo sił trzeba w to włożyć. A co jeśli się nie uda? A co jeśli stanę się tym, kim bardzo nie chcę się stać? Utracę emocjonalność, za którą, teraz, wydaje mi się, będę tęsknić. Ale nie będę, bo to przecież jedynie perspektywa teraźniejszości.

A., jesteś drugim facetem w moim życiu. Drugim, który daje to, czego naprawdę szukam. To pieprzone poczucie zapełnienia samotni. Czekanie całego dnia, tylko po to, żeby zwieńczyć go rozmową z Tobą. Rozmową, po której w sercu rodzi się to panicznie poszukiwane ciepło, roztaczające aurę spełnienia i szczęścia. Brak poczucia pustki, bo w końcu jest ktoś, kto mnie rozumie. Ktoś, komu też ten świat nie odpowiada, kto myśli w podobny sposób, kto potrafi subtelnie pociągać za emocjonalne struny.
Jesteś, a nie byłeś. Moje emocje łudzą się, że jednak wybierzesz mnie. Bo to ja daję Ci w rzeczywistości ten świat marzeń. Z drugiej strony wiem, że strach i lęk i tak by nas zepsuły. Bałabym się, że może pojawić się ktoś, kto przychyli Ci niebo jeszcze bliżej. Więc i tak by się zepsuło. Nie wiem już co powinnam. Znów się zastanawiam, czy może jednak wejście w to nie pozwoliłoby mi czasem na uporanie się z lękami. Bo jakoś nie umiem tego zrozumieć. Naprawdę da się wyleczyć lęk na sucho, na terapii, kiedy jest się samemu? A co jeśli po wejściu w kolejną relację narzędzia na nic się nie przydadzą? Tutaj chyba trzeba leczyć, nie zapobiegać. A nie można leczyć w teorii.

Pewnie kiedy wszystko opadnie, nie będę mogła nawet spojrzeć na te smęty. Znów będę inną wersją siebie. Nie wiem, której nie lubię bardziej. Ta teraz jest zbyt emocjonalna, ta potem – zmęczona nimi i chcąca zanurzyć się w nauce i pracy, żeby nie myśleć. I tamta patrzy z politowaniem na tę, kpiąc z jej stanów. Naprawdę czuję się skrajnie różnie. Jestem jak niepoukładana kostka rubika, którą sama panicznie na oślep obracam, w nadziei, że szczęśliwym trafem się uda, zamiast poświęcić czas na naukę rozwiązania zagadki.

Wróćmy do Ciebie, A., bo to nie jest wszystko, co potrzebuję powiedzieć. Nie tyle Tobie, co puścić w eter, wyrzucić z siebie. Też weszłam w to zbyt szybko, jak zawsze, kiedy usłyszę, że kliknęło. Nie mam hamulców i angażuję się cała. Nie umiem czekać, jakby myśląc, że czas mi kogoś zabierze, że nie możemy go sobie dać.
Otworzyłam się przy Tobie. Chciałam, żebyś zrobił to samo, żebyś mógł zaufać, ale wiedziałam, że to jeszcze nie czas, że się boisz. Że ktoś kiedyś mocno Cię skrzywdził. Współczułam niesamowicie i zastanawiałam się jak bardzo wtedy cierpiałeś. A wczoraj postanowiłeś się nieco otworzyć, poznałam kolejną historię. W sercu rodziło się jeszcze więcej współczucia i tego ciepła, kiedy czytałam o tym jak bardzo się dla wcześniejszej poświęcałeś, ile dałeś od siebie. Złapałam się na myśli, że może nie masz wad. Jeszcze bardziej zapragnęłam budować z Tobą przyszłość. Myślałam, że nie potrafiłbyś skrzywdzić człowieka. Nie byłam przygotowana na to, że dowiem się, że krzywdzisz mnie od samego początku, czyli, o ironio, paru dni.
Opowiedziałam Ci o K., kończąc słowami, że nie wiem jak można być z jedną osobą, kochać ją, i zaczynać budować z następną. Inaczej, wiem, ale nie potrafię przekonać się emocjonalnie. Bo przecież co może człowiek za swoje uczucia? Odpowiadać, jasne, ale to wina niezawiniona. One się rodzą, tak po prostu. Przywiązanie, wspólne pasje, miłe rozmowy, odpowiedzialność za drugiego człowieka. To wszystko są komponenty miłości, mimo, że jest ich pewnie o wiele więcej. Nie wiem, nie wiem co to znaczy kochać. Ale myślę, że to właśnie to, cała symfonia. I nagle pojawia się ktoś jeszcze, ktoś, kto wywołuje podobne uczucia. Albo dopełnia tamtejsze. Chciałoby się, żeby te dwie osoby stanowiły całość. To musi być cholernie trudne doświadczenie. Wczoraj się nad tym zastanowiłam. Kochasz, wszyscy to widzą i podkreślają. I nagle pojawia się ta druga, a Twoje uczucia zaczynają się pogłębiać, do tamtej pozostając jednak niezmienne. Więc czujesz dokładnie to samo, co czułeś, kiedy „kochałeś”, ale nagle to nie jest już miłość? Bez sensu. Jesteśmy tylko ludźmi, w dodatku zaznaczeni epoką paradoksem wyboru. Nic dziwnego, że dzieją się takie rzeczy. Więc ja to rozumiem, rozumiem te mechanizmy. Ale moje emocje wszystko psują. Serce zaczyna boleć ze zwykłego żalu, dlaczego tak w ogóle się dzieje. Boli mnie to, co po prostu jest wpisane w naszą ludzką naturę. A może wcale nie jest, może ja niepotrzebnie usprawiedliwiam wszystko…? Nie wiem.

Wiem, A., rozumiem Twoje uczucia. Do niej, jak i do mnie. Jestem uosobieniem tego, czego zawsze szukałeś, ale jednak nie jestem też nią. A ona nie jest mną.
Ale jednak czuję ranę. Nie wiem jak długo będzie boleć, nie wiem, i przeraża mnie perspektywa tego, że może i latami, jak rana K. Emocje które od was dostaję są niesamowicie dopasowane, ale i niesamowicie ostro zakończone, jak niczyje więcej.
Nie wiem, A., czy strach nie pozwala Ci jej zostawić. Może naprawdę kochasz, a z drugiej strony, skoro nie daje Ci wszystkiego czego potrzebujesz…Nie wiem. Nie wiem, jak już mówiłam, czym jest miłość. Może łatwo pomylić ją z całą gamą podobnych postaw. Uczuć? Nie wiem. Boli mnie głowa, nie chcę nad tym myśleć.

Ale wiem jedno, niezależne uczucia są do zaakceptowania, z kolei kłamstwo nie jest czymś, co przychodzi samo. Kłamstwa ma się świadomość i to samemu podejmuje się decyzję, o spuszczeniu go ze smyczy.  I tylko za to mogę mieć żal. I mam. Wiedziałeś, jak bardzo się przywiązuję, jak bardzo mi na Tobie zaczyna zależeć, mimo to, nie ukróciłeś na początku. Ze strachu, wiem. Z nadziei, jak mi potem powiedziałeś, że może po prostu ucieknę któregoś dnia.

Ty jesteś równie cholernie pogubiony jak On. Mówiłeś, że zaczęło się w dzieciństwie, kiedy nie miałeś rówieśników wokoło i musiałeś wymyślać sobie przyjaciół. Że od tego czasu żyjesz między fikcją, marzeniem a rzeczywistością. Nie chcę się tu rozwodzić na temat tragicznych skutków przeoczenia pewnych rzeczy w dzieciństwie, ale niesamowicie boli mnie to, jak niska jest świadomość społeczna. To temat na inny wpis.
Znów chaos się wkradł. Wracamy.

Więc tak, współczuję Ci tego pogubienia, tego życia między snem a jawą. Ale to Cię niestety nie usprawiedliwia.
Powinieneś jej powiedzieć, że byłam. Mimo wszystko to była jednak zdrada. A w następnej kolejności powinieneś poszukać pomocy. Wiem, że łatwo się mówi. To trudne, ja szukam do tej pory. Miałeś być lekarstwem, a stanąłeś na podium trucizn. Gratuluję.

Mimo wszystko, tak sobie myślę – moje przykre doświadczenia, jedno po drugim tylko mnie rozchwiewają. Ale żadne nie spowodowało, że potrafiłabym grać na dwa fronty. Jestem świadoma swoich hipokryzji i zawsze o nich mówię, więc i gdyby pojawiła się druga osoba, pojawiłyby się i wywody, rozmowy i eseje na temat tego wszystkiego, na temat niezrozumienia siebie. Więc dlaczego wy poszliście w kłamstwo, doskonale wiedząc, jak czuje się osoba okłamywana? Samemu stać się katem… Ale przecież też sobie tego nie wybraliście. To przyszło samo, jako skutek wydarzeń. Mój był inny, ale też sama go nie wybrałam. Marionetki…

Jestem ciekawa czy za którymś razem z kolei coś pęknie. Czy ciągle będzie tak, że zamiast się hartować, z każdą następną znajomością będę się tylko otwierać coraz mocniej i szybciej?

I znów zaczęłam się zastanawiać nad typem mężczyzn, który preferuję. Zabrzmi to jak sztampowa wypowiedź zbuntowanej nastolatki, dąsającej się o wszystko i chcącej się wyróżniać swoimi wyborami. Ale mogę z nią utożsamić swoje emocje, więc wszystko się zgadza. Lubię pogubionych. Ameryki nie odkryłam, to chyba po prostu dodatek do płci, ale jednak mówić, czuć, mogę tylko za siebie. Na samą myśl, że znów będę latami szukać tego co mi dawaliście… Nie, nie. Nie chcę. Naprawdę nie mogę, naprawdę muszę zająć się sobą. Ludzie waszego pokroju są dla mnie jak narkotyk, rzadko spotykany i niesamowicie mocny. Z cholernie ogromnym potencjałem uzależniającym. K. miał złą przeszłość, która wpłynęła destrukcyjnie na jego osobowość. Nie radził sobie i ja go za to nie winię, jedynie współczuję. Z A. jest tak samo. Schemat się powiela. Może coś w tym po prostu jest, że rozchwiani myślą w inny sposób. W taki sam jak ja, też rozchwiana. Jest jakiś typ ludzi, który trafia wzajemnie w swoje pustki. I do tego typu mnie ciągnie. A chaos najlepiej rozumie się z drugim chaosem. Nie ma tutaj dobrego rozwiązania, bo ja po prostu za każdym razem będę tak kurczowo chwytać się rozchwiania. Można rozumieć moją osobowość, ale nie będąc podobną, tylko rozumieć. A ja muszę czuć, że ktoś czuje. Tylko wtedy pojawia się ułuda bezpieczeństwa i zapełnienia pustki.

Strumień wkurwienia

Trzęsie mną, kumuluje się wszystko i potem wybrzmiewa, wybucha.
I czuję się przez to beznadziejnie, bo oczywiście obrywa się niewinnym. Mama chce dobrze, ale tylko podkręca. Nie wiem, dlaczego reaguję na jej słowa w tak dziecinny sposób, dlaczego denerwuje mnie to co do mnie mówi.
W takich chwilach czuję się jeszcze bardziej samotna. Nie ma nikogo, w kim mogłabym znaleźć ukojenie. Ale może i lepiej. Ukojenie powinnam znaleźć sama, ale albo w sobie, albo w czymś innym, niż drugi człowiek. Więc to akurat na plus. Uczę się.

Ale jak i złość jest u mnie przerośnięta. Już chyba wolę smutek, on przynajmniej pozwala tworzyć. Złość jedynie potrafi ranić.
To uczucie bezradności jej towarzyszące jest najgorsze. Wiem, że rzeczy na które się złoszczę nie zależą ode mnie, wiem, że nic z tym nie zrobię, więc zaczynam się nakręcać, że jestem taka bezradna. Bo ja chciałabym wszystko na już. Obserwuję innych i mam wrażenie, że nie tyczy się ich żadna odpowiedzialność, żyją beztrosko. Też bym tak chciała, nie przejmować się, nawet kiedy wiem że zawaliłam. A w zamian za to przejmuję się, nawet kiedy myślę, że poszło mi dobrze. Tak, wiesz, na zapas. Nienawidzę irytacji. Stoję w miejscu, nie mogąc się ruszyć, bo przecież to niezależne ode mnie. I jasne, że mogę sama wybrać w co przekłuję rodzącą się emocję, ale samego aktu stworzenia nie mogę powstrzymać. Boli mnie ta niesprawiedliwość. Są ludzie, którym może się walić i palić, a oni i tak są oazą spokoju. Jasne, że może można to w sobie wypracować, ale, do cholery, dlaczego niektórzy dostali to od tak, w losowym przydziale? Może po prostu ze względu na swój charakter, nie powinnam łapać się rzeczy, które wymagają ode mnie tyle, gdzie najwięcej zależy od osób trzecich? A może po prostu trwać w tym i po jakimś czasie zmiana nadejdzie? Przywyknę do tego, że z ludźmi czasem się nie da, że nie wypełniają swoich obowiązków i po prostu przestanie mnie to aż tak dotykać? Zobojętnieję, po prostu. Tylko jakim kosztem, ile nerwów będę musiała zszargać? No i czy to pewny scenariusz? Nie wydaje mi się…
Za dużo wszystkiego się we mnie kumuluje. Gdyby przynajmniej tyczyło się to wybranych emocji, ale nie, wszystkie są przerośnięte… No, może poza tymi pozytywnymi. Naprawdę mam siebie dość. A głownie dość tej niesprawiedliwości. W końcu tyle czynników ma wpływ na kształt naszych osobowości. Wszystko jest losowe. I jak można w tym wypadku wierzyć w jakąkolwiek bożą sprawiedliwość? Bożą obecność… Jesteśmy tylko produktem przeszłości. Modyfikowalnym, ale jednak dopiero od pewnego momentu. A na niektóre rzeczy jest już wtedy zbyt późno.

Och, jak ja niesamowicie chciałabym wewnętrznego spokoju. Niezależnego od okoliczności, czystego i nieskończonego, tak po prostu.

Bo najpierw przychodzi uczucie niemocy. Potem zaczyna się irytacja i szukanie, na siłę sposobów, by jednak dojść wcześniej do celu. Potem wybuch. I smutek, złość na siebie, za to, że kolejny raz zawiodłam własne oczekiwania, dałam się poddać emocjom. I płacz, muszę się oczyścić. Papier, w niektórych przypadkach. Nie chcę tylu emocji u siebie, nie w takiej ilości.

Lawina

Jakiś czas temu znalazłam Twoje wpisy na forum. Wynikało z nich, że prawdopodobnie byłeś z kimś, pisząc ze mną.
Okej, nawet to potrafiłam usprawiedliwić.
Dziś, przed momentem, znalazłam Twój wpis na psim forum. Chciałeś porady odnośnie zdrowia pupila. Chcieliście.
Ty i Twoja narzeczona.
Świat mi się znów trochę zawalił.

Wpis z ponad roku po Naszym ‚rozstaniu’.
Więc w rok, teoretycznie miałeś czas, żeby się zakochać i założyć rodzinę.
Jasne, że to może być niefortunny zbieg okoliczności. Że facet ma nick taki sam jakiego używasz Ty wszędzie. Że mieszka w tym samym kraju. Że ma psa, owczarka, ze schroniska, o czym Ty też marzyłeś. Że pisze w podobny do Ciebie sposób.
Choć może tak bardzo chcę znaleźć jakichś informacji o Tobie, że naciągam fakty…?
Gubię się już.
Trochę, trochę mocno.

Z jednej strony… cieszę się. Bo to znaczy, że masz kogoś, kto jest dla Ciebie całym światem. Ciepło mi na sercu kiedy pomyślę, że najprawdopodobniej dzięki Niej i z Tobą jest lepiej. Że już nie budzą Cię nerwy, brzuch nie boli bezustannie, że może pomogła Ci uporać się z emocjami. Więc tak, cieszę się, że znalazłeś szczęście. Och, tak bardzo chciałabym ją poznać.

Druga część mnie rozpacza. Jestem wkurwiona na siebie. Gdybym wykazała się odrobiną cierpliwości… Może to ja teraz nosiłabym pierścionek. Może to ja byłabym Twoim ukojeniem.
A może nie…? Może naprawdę do siebie nie pasowaliśmy i mimo najszczerszych chęci pomocy, niosłabym tylko chaos. Nie wyzdrowiałbyś przy mnie.
Więc wierzę, że przy Niej Ci się to udało.

W tym momencie tak bardzo nie wiem co myśleć, wszystko tak bardzo stało się obojętne… Historia, którą chciałabym wydać…W mojej głowie kończy się inaczej. Wiem, że potrzebuję ukojenia na szeroką skalę, wiem, że muszę podzielić się tym ze światem. Nie wiem jednak, czy przyniesie wieczne wytchnienie.
Chyba nie. Chyba tylko rozwianie wątpliwości u źródła mogłoby mi pomóc.
Bo problem leży w tym, że ja tak naprawdę nie chcę o Tobie zapomnieć, nie chcę radzić sobie z wspomnieniami. Chcę je zweryfikować. I może tu leży mój błąd. Nie umiem myśleć o nim źle, w mojej głowie to on jest ofiarą, nie ważne czego bym się nie dowiedziała. To chore.
Nie poznałam do tej pory nikogo, kto mówiłby do mnie jak on. Kto byłby ze mną tak blisko emocjonalnie.

Czekam na moment aż spadnie lawina. Boję się konsekwencji.
Ale błagam, niech to w końcu nadejdzie. Chcę tylko pewności.
K., proszę…

Wróciłeś i już wiem, że wracać będziesz

Chyba znów jest gorzej, gorzejlepiej.
Lepiej, bo jednak emocje targają mną mniej, czuję, że nie mają aż takiej siły.
Gorzej, bo kolejny raz okazuje się, że lepiej jest tylko wtedy, kiedy jest ktoś (na Twoje miejsce.)
Nie umiem być sama, po prostu nie potrafię.
Zaczęło się od tego Twojego przeklętego wpisu.
Nie wiem, dlaczego znalazłam go dopiero teraz.
Tak jak i Twoje konto na showup.
Ale wiesz? To boli mniej niż treść wpisu. Potrzeby każdy ma i o ile nie ranią one nikogo, to jest w porządku.
Ale to, co przeczytałam na forum…
Twoje wręcz paniczne wołanie o pomoc
Cholera, on tonie
Tonął*, 
po spojrzeniu na datę. Tak cholernie było mi źle, kiedy to czytałam. Zastanawiałam się, czy znalazłeś pomoc. Wyrzuciłam sobie, że nie zostałam. Zaczęłam myśleć nad tym, jak cholernie musiało być Ci ciężko.
A potem mnie uderzyło
Wpis z października.
„Kilka dni temu P. postanowiła odejść (…) już w ciągu ostatnich trzech miesięcy było ciężko”
Trzy miesiące wstecz to ja słyszałam, że jestem wyjątkowa.
Zabolało, cholernie mocno. Nie potrafiło to do mnie dotrzeć, w jednym momencie z faceta, który brzydzi się kłamstwem i zdradą, stałeś się uosobieniem tego, czym gardziłeś.
Dla mnie było i jest to tak bardzo nie do pojęcia, że zaczęłam sobie Ciebie usprawiedliwiać. Nie zaakceptuję tego, że byłeś dupkiem. Nie, dopóki z Tobą nie porozmawiam. Mimo, że mam kłamstwo na talerzu, że widzę czarno na białym, fakty są przeciwko Tobie. Nie umiem im uwierzyć. Chcę wierzyć Tobie, głupio i naiwnie.
Dowiadując się więcej, wiem coraz mniej. Jestem przerażona na samą myśl, że dopóki z Tobą nie porozmawiam, moja obsesja, moje ciągłe usprawiedliwienia będą żywe. A jeśli już nigdy nie będzie dane nam porozmawiać, och, tak bardzo boję się, że nie znajdę szczęścia, bo ciągle będziesz z tyłu głowy. Nawet po latach, naiwnie. I może wtedy jako lęk, koszmar przeszłości, ale jednak będziesz, ciągle żywy.
Jak ja mam ułożyć sobie życie, skoro każda gorsza chwila każe mi wracać myślami do Ciebie? Mogę to blokować, ale co to za życie? To dla mnie ucieczka. Prawdziwie wolna byłabym tylko wtedy, gdybym wiedziała, że mogę i potrafię i chcę nie myśleć o Tobie, nie czuć tęsknoty. A jak na razie może być ona uśpiona, i i tak wstaje co jakiś czas, żeby namieszać.
Zauważyłam, a raczej znów znalazłam potwierdzenie tego, że nie umiem być sama. Że zawsze, za każdym pieprzonym razem, kiedy czuję, że grunt się osuwa, że w jakiejś relacji jest ktoś inny, znów panicznie łapię się wizji Ciebie. Nawet w zwykłych znajomościach, w których upatruję ulgi. Ona jest, do czasu aż czuję, że ktoś jest blisko tylko ze mną. Jeśli jest ktoś jeszcze, odsuwam się i wracam myślami do Ciebie.
Pierdolona hipokryzja. U mnie zawsze przecież jest „druga osoba”, TY, i nie ważne, że jesteś uśpiony. Odsuwam się i martwię, smucę, kiedy czuję, że ktoś może mnie wymienić, ale dobrze wiem, że gdybyś wrócił, prawdopodobnie zrobiłabym to samo. Nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia. Wizja tego, że gdzieś tam jesteś jednocześnie napawa nadzieją jak i strachem. Żądzą, jak i niechęcią. Radością i zmęczeniem. Jesteś jednym, cholernym dualizmem, tak jak moje uczucia względem Ciebie. Tak jak myśli.

Och, już sam początek Twojego wpisu złapał mnie za serce.
„napiszę w skrócie”, po czym rzuciłeś rozbudowany elaborat. Ze zdaniami, których wcale nie musiało być, jakbyś sam musiał się z nimi dopiero co pogodzić.
Poznałam Cię lepiej, a jednocześnie poczułam, że dystans między nami, który Ty budowałeś…był, jednak był. Większy, niż mogłam przypuszczać.
Myśli samobójcze od lat. A więc sytuacja z dzwonieniem i płaczem nie była jednorazowa, nie była spowodowana przyćpaniem. Tzn, akurat ona może mogła. Ale nie radziłeś sobie, ani trochę. Mój pogubiony chłopiec.
Dowiedziałam się, że przez to się przeprowadziłeś. A potem poznałeś kobietę tutaj i dla niej rzuciłeś totalnie wszystko. Wróciłeś do kraju.
Myślę, że ona była dla Ciebie kimś, kim Ty byłeś dla mnie. Ta myśl mocno ciąży.
Piszesz, że w Polsce nie miałeś nikogo. A rodzina, która tutaj mieszka…? Czy to było jedno z Twoich kłamstw, czy po prostu chciałeś wywołać w ludziach współczucie, hiperbolizując nieco? Może chodziło po prostu o to, że jednak…rodzina to rodzina. Kochasz ich, ale nie w ten sposób co bliskich wybieranych nie dzięki więzom krwi.
Odeszła, piszesz, bo uznała, że wasz związek jest toksyczny.
Może faktycznie taki był. Może byłeś chujem. Manipulatorem. Wiem jak działał na mnie Twój urok. Na nią pewnie podobnie. Zakochała się w tym, kogo jej przedstawiałeś, zgrabnie oplatając sobie uczucia wokół palca. A potem rozplatając i nawijając ponownie, kiedy tylko miałeś na to ochotę. Czy tak właśnie było…? Ze mną na pewno. Chyba. Tak każe myśleć rozum. Emocje odrzucają, twierdząc, że może to ona była toksyczna. Sam z resztą tak napisałeś, że okłamywała Cię od miesięcy… Może i tak, ale chyba Ty też nie byłeś bez winy. A nie wspominasz o niej ani słowem. Tacy jak Ty chyba jej nie zauważają…

To jeszcze nie bolało najbardziej. Mogliście przecież, wtedy kiedy się poznaliśmy, mieć kryzys. Separację. Daty się nie zgadzają, bo może po prostu użyłeś skrótu myślowego na potrzeby wpisu. Chciałeś wzbudzić współczucie, więc znów podkoloryzowałeś. Nie, to mnie jeszcze nie zabiło. Były na to jakieś wyjaśnienia, mimo, że głupie i naiwne, mało prawdopodobne, ale jednak. Odezwałeś się przecież we wrześniu, pisząc, że już lepiej….wtedy musiało być między wami już w porządku. Och, K….

Z kolei na traktowanie mnie jak przedmiotu nie mam już argumentów, żadnych. Nieważne jak bardzo chciałabym wierzyć w Twoją niewinność, znaleźć choć ułamek jej, w tym wypadku nie potrafię.
Pisałeś, że mieszkałeś od niej 200km. Że mimo to, jeździłeś do niej, że wynajmowałeś hotele, byleby móc z nią spędzić noc. I nie chodziło o seks, a o samo bycie obok, przytulenie się, bliskość.
Mi powiedziałeś, że nie zamierzasz czekać. Że bez seksu to się nie uda. Teraz, gdy o tym wszystkim myślę, widzę, że ja jednak byłam głównie dla fizyczności. Od uczuć miałeś ją. Czuję się tak bardzo źle. Tak bardzo wykorzystana, choć nawet mnie nie dotknąłeś… Obrzydza mnie sama myśl, że będąc z nią, bez skrupułów pisałeś mi te wszystkie rzeczy.  Że mówiłeś, jak bardzo brzydzisz się zdradą. Jest na to wyjaśnienie, w które też pewnie będę wierzyć. Teraz na to wpadłam.
Może znów po prostu chciałeś współczucia, dlatego trochę skłamałeś, że nie zależało Ci na seksie. A tak naprawdę głównie po to chciałeś spędzać z nią noce. Przecież znałam Twój popęd. Nie wytrzymałbyś w ten sposób, w czystości. Sam o tym mówiłeś. Więc kłamałeś, na pewno. Albo forum, w poszukiwaniu współczucia, albo mnie, albo ją. Albo w ogóle wszystkich.
A może ona była dla Ciebie takim cudem, że dla niej byłeś w stanie wyzbyć się najbardziej pierwotnych instynktów? Dla niej, nie dla mnie.
Wspomniałeś też o długach i chorobie. Potem o narkotykach. Szukałeś pomocy, porady, jakbyś faktycznie tonął. Mówiłeś, że nie umiesz poradzić sobie z emocjami, że wszystko Ci o niej przypomina. Że ciągle płaczesz, doświadczając ataków paniki i złości. Jezu, taka kumulacja negatywów w jednym, kruchym chłopcu. Nie ważne, że kłamałeś, tak bardzo Ci współczuję, skarbie. Jak musiało być Ci ciężko, żyć z tym wszystkim, bez jakiegokolwiek wsparcia, bez zrozumienia tego, co się z Tobą dzieje.

Bo pisałeś, że i w Tobie są dualizmy. Że boisz się, że możesz się zabić i sama myśl o tym powoduje, że się uśmiechasz. Zakończyłeś słowami „proszę, pomocy”.
Gdybym tylko wtedy przy Tobie została, albo gdybym spróbowała się z Tobą skontaktować wcześniej.

Wierzę jedynie, że w UK znalazłeś pomoc. Że dlatego dezaktywowałeś polski numer.

Pisałeś też, że chcesz jedynie stłumić emocje na początku, kiedy jest ich najwięcej, bo wraz z czasem można podejść na chłodno, z dystansem, Chciałeś po prostu przetrwać najgorsze.

Nie wiem co myśleć, nie wiem co robić, nie wiem, kurwa, jak mogę Cię znaleźć.
Muszę z Tobą porozmawiać, K.

Bez ładu, składu i sensu

Nie wiem nawet, czy chcę pisać.
Czuję potrzebę, ale raczej głownie dlatego, że czuję, że zaniedbuję to miejsce.
Nie dzieje się nic.
Ani przykrego, ani miłego.
Jest stabilnie, mogłabym powiedzieć, że wręcz dobrze.
Ale nie, chyba nie.
Ciągle za czymś gonię, choć nie wiem co to takiego.

Czasem myślę, że może to druga osoba. Ta jedyna (przynajmniej w danym okresie), przy której złe myśli nie istnieją. Nie tak silne jak zwykle.
A potem sobie wyobrażam, że taka osoba jest.
Ileż można trwać w tym pierwszym, najsilniejszym uczuciu?
Zawsze mija.
I co w momencie, kiedy związek przestaje dawać multum emocji, kiedy pierwsze wrażenie opada?
Wsparcie i ciepło jednak chyba nie wystarczają, żeby być spełnionym.
Choć nie wiem, czy mi cokolwiek przyniesie ulgę.
Może po prostu muszę nauczyć się przestać biec, cieszyć tym co mam.
Wieczny niedosyt, meh.

A może to samorozwój jest kluczem. Pewnie tak, pewnie…też. Ale rozwój, jako wartość sama w sobie, czy to naprawdę działa?
Nie wiem, trochę się gubię, trochę nie umiem znaleźć sobie miejsca.
Ciągle czuję pustkę, choć zwykle niesprecyzowaną.
Życiowo tak niepełnie.

Mogłam zrobić to lepiej
inaczej
później.